Znów trochę mnie nie było i choć i tak nikt tego nie czyta to czuję potrzebę, by wyjaśnić co się działo, taki już zmysł estetyczny.
S niestety szybko przeraził się moją ciążą i przestał go bawić znaczek Baby on board. Zażądał aborcji. Na początku tylko o tym przebąkiwał, aż któregoś dnia otwarcie powiedział, że nie chce tego dziecka i że MUSZĘ je usunąć. Rozpłakałam się- nie mogłam jakoś tego połączyć, że mój S, który zawsze był dla mnie ukochany, idealny, któy mówił, że będziemy mieć śliczne dziecko, nagle chce bym je zabiła. Powiedziałam mu, że ja nie zabiję własnego dziecka i nie zrobię tego. To wtedy pierwszy raz mnie uderzył. W twarz, ale mocno. Płakałam, a on nawet za to nie przeprosił. W końcu pozwoliłam sobie o tym zapomnieć; tłumaczyłam sobie, że był w szoku, że pewnie nie przeprasza, bo próbuje zapomnieć i sam siebie za to nienawidzi.
Niestety, z czasem zaczęło być jeszcze gorzej. Bił mnie prawie codziennie, za wszystko, po całym ciele i to naprawdę mocno- ciągle miałam siniaki. Nie pracował, zabierał moją kartę i wychodził- przepijał większość moich pieniędzy, często bywały dni, że byłam głodna. Nigdy nie wiedziałam gdzie on jest. Poczułam się jak w pułapce- nie mogę wrócić do rodziców w ciąży, bo mnie wyrzucą z domu, więc muszę być przy nim, to ojciec mojego dziecka. Tłumaczyłam sobie, że jak je zobaczy, to pokocha i na pewno za wszystko przeprosi i zn ów będzie tak, jak kiedyś.
Nie dowiem się nigdy, czy tak by było. Pod koniec 3-go miesiąca stało się to, co pewnie było nieuniknione- wieczne głodowanie, stres i bicie, również w brzuch, spowodowały poronienie. Sama byłam w szpitalu, bo jego to nie interesowało. Cała zakrawaiona, obolała, w dodatku przez profesjonalizm lekarzy zobaczyłam ciało swego dziecka.
Rozstalismy sie i wrocilam do Polski.
Odzyskalam kontakt z bylym chlopakiem, R, ktory jak zwykle mnie krytykuje i teraz sie prawie nei odzywa, bo wszystko co robie uwaza za kretynskie.
Mam nowego chlopaka A, ktory bardzo mnie odciaga od zlych mysli, ale to nie znaczy, ze ich nie mam.
Zastanawiam sie, czy bede jeszcze kiedykolwiek szczerze sie usmiechac.
skomentuj (2)
Poppy 2011-03-09 14:04:32
Ciaza mnie wykancza. Moje zycie to (niechetnie) praca, jedzenie i sen. S to bardzo bawi, bo zazwyczaj to on usypial na filmach, a teraz ja padam nim skoncza sie napisy poczatkowe. Nie wiem co sie dzieje. Dzis czulam sie nieco lepiej- jest sliczna pogoda i stalam sie posiadaczka zabawnego znaczka z logiem metra i napisam ''Baby on board!''- S strasznie sie z tego smieje i blaga, zebym to nosila, a ja sie troche wstydze. Przeraza mnie to, ze my sami jestesmy jak dzieci :) ale nie o tym chcialam.
Tak wiec dzis, jak codzien rano, wsciekla, zaspana i zziebnieta poszlam do pracy. Na szczescie A i E byli w dobrych humorach i nie mialam z nimi wielkich problemow. Dopiero w drodze do szkoly zostalam przycisnieta do muru- E kolejny raz poprosila, bym weszla z nia do jej klasy i zobaczyla jak sie uczy. Wczesniej mialam tysiace wymowek by tego nie robic, lecz dzis skupiona na tym, by nie puscic pawia, zgodzilam sie. Moja glowe wypelnil jej pisk radosci, a ja natychmiast pozalowalam czasu, ktory moglabym wykorzystac na cos bardziej konstruktywnego.
Niezbyt zadowolona weszlam do jej klasy. Ku mojemu zdziwieniu zobaczylam, ze wlasciwie kazde dziecko bylo tam z kims z rodzicow! Oczywiscie w wiekszosci matki. No tak, prywatna szkola, niepracujace zony bogatych panow i ich dzieci. Co innego mialyby w sumie robic? malowac paznokcie?
Szybko rzucila mi sie w oczy przemiana E. Nigdy chyba nie widzialam jej tak szczesliwej- trzymala mnie za reke, pokazywala swoje rysunki, prace. Buzia jej sie nie zamykala, chciala mi pokazac i opowiedziec jak najwiecej... przypomnialo mi sie, jak kiedys E rozplakala sie i mowila, ze jej mama ciagle pracuje i nie ma dla niej czasu tak jak inne mamy. Ja jako osoba dorosla wiem, ze D nie jest zla matka, nie nalezy do tych matek, ktore swoje dzieci traktuja w ten sam sposob co swojego psa, przeciwnie- w tygodniu duzo pracuje, ale w weekendy wszystko dzieciom wynagradza, interesuje sie nimi bardzo, ciagle do mnie dzwoni, na kazde ferie czy wakacje gdzies wyjezdzaja. No ale w oczach 6-cio latki, ktorej mamy kolezanek nie pracuja i spedzaja z dziecmi cale dnie, moze to wygladac troche inaczej. Po raz pierwszy przestalam w niej widziec tylko rozpuszczonego bachora- zrobilo mi sie jej szkoda.
Okazalo sie, ze ich nauczycielka ma dzis urodziny. Przypomnialo mi sie jak przez mgle, ze E informowala mnie wczoraj o tym fakcie, jednak zapomnialam o nim az do chwili, w ktorej mala blondyneczka zapowiadajaca sie na chilriderke wkroczyla do klasy wraz ze swoja nawiedzona mama i wielkim tortem. Oczywiscie cala uwaga natychmiast skupila sie na idealnej Poppy (zazwyczaj zmieniam imiona lub nadaje inicjaly, ale to imie bardzo podkresla pretensjonalnosc), a mamusia cala w skowronkach zaczela opowiadac, jak to ona nic nie pomagala, Poppy cale ciasto zrobila sama. Mi osoboscie zachcialo sie rzygac od tych przeslodzonych istot, natomiast E wygladala na smutna. Zapytalam o co chodzi. Wyszeptala mi, ze kiedy pojawia sie Poppy wszystko przestaje istniec, bo ona we wszystkim musi byc najlepsza i cala uwage skupiac na sobie. Ja osobiscie mysle, ze bardzo duza role odgrywa tu jej matka, ktora w tym momencie zajmowala sie pokazywaniem obecnym rodzicom, dzieciom i kazdemu, kto stal na tyle blisko, ze niegrzecznie byloby odejsc zdjec Poppy w przeroznych sytuacjach- w helikopterze tatusia, na swoim koniku, na wielbladzie podczas wakacji, w swoim rozowym pokoju ksiezniczki i prawdopodobnie rowniez na sedesie wysadzanym krysztalkami Swarovskiego. Wystarczylo mi kilka minut obserwacji by dojsc do wniosku, ze w tej rodzinie tatus jest bardzo bogaty, mama nie pracuje i cala swoje energie poswieca, by Poppy byla w kazdej dziedzinie lepsza od innych dzieci.
Przypomnialam sobie, ze kiedy bylam w wieku E, mialam taka swoja Asie. Asia zawsze miala najlepsze oceny, jej mama rowniez nie pracowala i spedzala z nia mnostwo czasu, dlatego Asia zawsze miala sliczne rysunki i szlaczki w zeszytach, najladniejsze przybory szkolne i mnostwo t-shirtow z dalmatynczykami. Wydawala mi sie idealna, zawsze marzylam, by sie z nia zamienic. Oczywiscie u mnie to nie bylo na taka skale, nie chodzilo o to, ze Asia miala helikopter i kucyka, tylko np. fajniejszy piornik, no i moja mama pracowala, nie mogla ze mna chodzic po sklepach papierniczych w posuzkiwaniu nalepek na zeszyty w szczeniaczki.
Oczywiscie, z tego sie pozniej wyrasta i to samo mialam ochote powiedziec E: bo teraz, z perspektywy czasu, moja Asia byla kujonem i lizusem, w dalszych etapach edukacji byla szara myszka, na ktora nikt nie zwracal uwagi. Mozliwe, ze z Poppy tez tak bedzie, a nawet jesli nie to i tak E przejdzie fascynacja nia. Ale czy to nie jest tak, ze zaraz bedzie ktos nastepny? czy kazdy z nas na roznych etapach zycia nie ma kogos, kto wydaje mu sie idealny? i oddalby wszystko, by byc taki jak on?
Kazdy z nas ma taka swoja Poppy. Postanowilam, ze bede czesciej chodzic do E na lekcje. Niech zobacza, jaka ma fajna i mloda nianie!
skomentuj (0)
Nie wiem czy powinnam to pisac, bo staram sie o tym wszystkim nie myslec, a jak napisze to bede musiala. Ale cos kusi.
Zycie jest zyciem i mimo, ze jeszcze kilka miesiecy temu bylam najszczesliwsza na swiecie, to teraz jestem przerazona i do tego niepewna juz chyba niczego.
Mieszkamy w nowym mieszkaniu. Nasze nowe wspolokatorki- E i N sa bardzo ok, az jestem zaskoczona. Mieszkanie wizualnie w porzadku, nasz pokoj tez, natomiast sprawy techniczne... jest bardzo wilgotne, na jednej scianie pojawia sie wilgosc, kwestia pradu i gazu jest masakryczna. No ale na razie nie mamy innego wyjscia.
Mielismy w tym czasie tez maly kryzys, S z nawalu problemow po prostu oszalal, czasem byl dla mnie okropny i juz myslalam, ze to bedzie koniec. Jednak na szczescie to minelo, w Walentynki w piekny sposob mnie przeprosil i od tej pory zachowuje sie wspaniale.
Jednak nie na tym polega problem. Jestem w ciazy.
Na wypadek wpisow o gowniarach, ktore nie wiedza co to antykoncepcja- zabezpieczenie zawiodlo, ale nie bede sie tlumaczyc, nic wam do tego.
Nie wiem co mam o tym myslec... czuje sie troche inaczej, nie chodzi mi tylko o uciazliwe objawy ciazy, ale o samopoczucie psychiczne. Jestem przerazona na maksa, nie mam pojecia co dalej, ale z drugiej strony ciesze sie, ze to on jest ojcem i ze bede miala dziecko. Jestem nienormalna.
Napisze cos jak bede w lepszym stanie psychicznym, bo teraz mi cos nie idzie...
skomentuj (0)
No to (tak, wiem, nie zaczyna sie zdania od ''no to'') jestem. Inna, a jednoczesnie taka sama. Z gory przepraszam za brak polskich znakow (Ci, ktorzy znaja mnie z poprzedniego bloga wiedza, ze juz nie zasilam szeregow naszego kraju, nie zeby mi sie to podobalo, ale serce nie sluga). Ale koniec z mowieniem o przeszlosci. Jesli kogos baaardzo ciekawi to prosze: http://born-to-be-a-star.blog.pl - jednak wcale nie uwazam, ze moje zycie bylo fascynujace. Po prostu wiem, ze sa ludzie, ktorzy lubia czytac czyjes historie (np. ja). Dlatego jesli kogos zainteresuje... Moje zycie zmienilo sie o 180 stopni i jestem z tego bardzo zadowolna.
Co sie u mnie dzialo przez te kilka miesiecy nieobecnosci? Wcale nie bylo mi latwo. Jestem w nowym, dosc skomplikowanym zwiazku (ze wzgledu na utrudnienia na ktore nie mamy wplywu i moze troche roznice kulturowe), jednak mimo to bardzo szczesliwym. Do tego mialam problemy mieszkaniowe, pracowe, na szczescie juz wszystko jest w porzadku.
Teraz staram sie... dorosnac. Od razu po skonczeniu liceum rzucilam sie na gleboka wode- wyjechalam. A ze moi rodzice caly zycie trzymali mnie pod kloszem (z pewnych wzgledow o ktorych nie chce pisac), nie jestem zbyt zaradna osoba. Wciaz ucze sie samodzielnego, odpowiedzialnego zycia.
Pracuje jako opiekunka do dzieci. Uwielbiam ta prace. Oczywiscie wiem, ze musze pomyslec o studiach w przyszlym roku, ale mam jeszcze czas. Na razie musze stanac na nogi.
Teraz moze przedstawie osoby, ktore teraz sa czescia mojej codziennosci:
S- moj chlopak. Co tu duzo mowic- kocham go nad zycie, czasem mnie wnerwia i to bardzo, jednak swiata poza nim nie widze!
Debil 1, Debil 2- Nasi obecni wspolokatorzy. Na szczescie beda czescia mojej codziennosci jeszcze... dwa dni. W srode wyprowadzamy sie do nowego mieszkania. Ale poki co, moge na nich troszke ponarzekac, nie?
D- Moja pracodawczyni, bardzo fajna i przebojowa babka. Od razu stala sie jedym z moich autorytetow- samotna matka z dwojka dzieci, a robi kariere, ma wspanialy dom i wspaniale zycie. Pelen podziw.
A i E- dzieciaki, niesamowicie slodkie, chociaz czasem bardzo niegrzeczne.
Reszty osob nie bede wymieniac, bo nie sa az tak wazne, jesli bede o nich pisac, to na bierzaco wytlumacze kto zacz.
To tyle jesli chodzi o wstep. Aktualnie leze w lozku i trzese sie z zimna, bo bardzo zmoklam, kiedy odprowadzalam dzieci do szkoly. Moja praca polega na tym, ze od poniedzialku do piatku pracuje rano przez godzine (przygotowanie i odprowadzenie dzieciakow do szkoly), potem mam wolne, a nastepnie odbieram je ze szkoly i zajmuje sie nimi do powrotu ich mamy. Kolo mnie siedzi Debil 2, oboje przy swoich laptopach ignorujemy sie wzajemnie.
Poniedzialek nie zaczal mi sie zbyt przyjemnie. Zerwalam sie z lozka o godzinie, w ktorej juz dawno powinnam siedziec w metrze. Dalam buziaka nieprzytomnemu S, wlozylam kurtke i wybieglam z domu. Natychmiast pozalowalam, ze nie wzielam parasola- deszcz lal niemilosiernie. Wysiadlam z metra i pobieglam na przystanek autobusowy. Stalo tam mnostwo ludzi, wszyscy z parasolem. Niesmialo probowalam zalapac sie na kawalek ogromnego parasola pewnego pana, starajac sie by ten nie zauwazyl moich poczynan. Tak bardzo sie na tym skupilam, ze nie zauwazylam nadjezdzajacego autobusu i na niego nie machnelam, wiec sie nie zatrzymal. A oczywiscie 50 osob, ktore mi towarzyszylo czekalo na inny autobus. No coz, kolejne 10 minut czekania na deszczu.
Kiedy w koncu mokra jak po kapieli w jeziorze weszlam do domu dzieciakow i oddalam sie rutynowym czynnoscia, bylo juz dosc pozno. Poprosilam dzieciaki, by po zjedzeniu sniadania poszly umyc zeby i zalozyc mundurki, ktore wczesniej im przygotowalam. W tym czasie mialam zamiar zrobic im przekaske do szkoly i umyc naczynia.
Po wykonaniu tych czynnosci poszlam na gore z zamiarem oznajmienia dzieciom, ze juz wychodzimy. To co zastalam odrobine mnie przerazilo: E w samej bieliznie tarzala sie po lozku, a A calkiem nagi bawil sie klockami lego.
Popedzilam je jak moglam, wybieglismy z domu idac bardzo szybko, lecz nie zwazalam na ich marudzenie. Kiedy w koncu dotarlismy do szkoly bylam juz tak mokra, ze bylo mi wszystko jedno. Wrocilam do domu i od kilku godzin staram sie wygrzac, a czas leci stanowczo za szybko. Choc domyslam sie, ze im lekcje sie dluza niemilosiernie.
Poza tym wlasciwie nie mam o czym pisac... pale papierosa i nie moge sie doczekac 19, kiedy wroce z pracy. S wraca o 18, wiec spedzimy razem mily wieczor.
Na dzis moge jeszcze przytoczyc kilka smiesznych dialogow z zycia codziennego.
Przed pierwsza kapiela dzieci przy mojej pomocy.
A: Tak sobie mysle, ze ja to sie chyba ciebie troche wstydze.
Ja: Ale czemu? nie ma sie czego wstydzic.
A: No ja wiem, ze ty masz juz 20 lat i pewnie sporo takich widzialas, ale ja mam dopiero 8 i nie mam takiego doswiadczenia.
Wczoraj poszlismy do pewnego fast foodowego baru z S, wziac jedzenie na wynos (nie chcialo nam sie gotowac). Bylo pozno, wiec bylismy jedynymi klientami. A, i co wazne, to nie wiem czy mowilam, ale S mimo, ze nie jest Polakiem, to plynnie mowi po polsku i tylko w tym jezyku rozmawiamy.
Ja: A, kochanie, musimy jeszcze kupic mi fajki, bo mi sie koncza.
S: A co ja z tego bede mial?
Ja: Faceci...
S: Myslalem o buziaku, ale skoro wolisz, zebym zachowywal sie jak typowy facet, to zmieniam wymaganie: masz mi zrobic loda.
Ja: Dobra, to sciagaj spodnie.
S: Zrobisz mi tutaj?
Ja: Jak sciagniesz spodnie to tak. Dawaj!
S: Taaa, ja cie znam, ja sciagne spodnie a ty wybuchniesz smiechem i wyjdziesz!
Oboje sie rozesmialismy. W tym czasie kasjerka, caly czas bedaca w poblizu, z rozbrajajacym usmiechem:
Kasjerka: Zamowienie gotowe!
Oboje wybuchnelismy smiechem i szybko stamtad ucieklismy ;)) o ile u nas w domu nikt nas nie rozumie, to na ulicy z tym polskim to trzeba baaardzo uwazac.
Napisze cos wiecej jak bede miala o czym.
Nara!
skomentuj (0)